niedziela, 14 sierpnia 2011

Rozdział IV

     Nie wiem o co mu chodziło. Było już za późno, żeby się wycofać. Niestety. Takto kazałabym się mu zatrzymać i zdzieliłbym torebką z cukierkami po głowie.
     A może po prostu nie chciałam, żeby się stanął...
     Teraz było to mało istotne. Czułam pęd wiatru, rozwiewającego włosy. to było piękne. Tak pędzić przez miasto i nie martwić się o nic. Wiedziałam, że tak powinno być już zawsze. Ale jak? Mam jeździć na skuterze do końca życia? Albo nie. Jak dorosnę kupię sobie kabriolet.
     Czułam się jak w niebie. To najtrafniejsze porównanie.
     Nie. Jak w niebie czułam się w miejscu, do którego przywiózł mnie Iwan.
     Las, a w jego środku lazurowe jezioro. I zero komarów! Raj na Ziemi. Szczęka mi opadła. Naprawdę!            Podbiegłam do wody i zamoczyłam rące. Była ciepła. Mogłabym stąd nie wracać.
     - To takie miejsca istnieją?
     - "Dla tych, którzy wierzą w magię i z magii są zrodzeni" -preczytał ze skały, przy której stał.
Podeszłam do niego. Na skale widoczny był labirynt, a nad nim słowa:
     " Pokaż drogę przez labirynt,
     byś mógł swobodnie przejść.
     Do Królestwa  wiedzie ta droga,
     którego nikt nie pokona.
     Ze złymi zamiarami idź z tąd precz.
     By nas ochronić swobodnie przejdź."
     Zdziwiło mnie z jaką łatwością Iwan przebiega palcem po wyrytym w skale labiryncie. Za jego palcem pojawiała się złota linia, a gdy dotarł do końca miniaturowej plontaniny korytarzy, skała się zatrzęsła i powoli się odsunęła. przed nami pojawił się korytarz, na którego końcu płonęło białe światło.
     - Iwan, nie idź w stronę światła - powiedziałam do niego poważnym tonem. Chwilę chamował śmiech, aż w końcu oboje nie wytrzymaliśmy. Z chichotem pod  nosem ruszyliśmy naprzód. Skała zamknęła się za nami.
     Nagle poczułam, jakby gigantyczny komar użarł mnie w plecy. Sięgnęłam, aby się podrabać. Ale zamiat bluzki, pod palcami poczułam łagodny puch. Spojrzałam za ramię. Wielkie, motyle skrzydła pojawiły się na moich plecach.
     Zakręciło mi się w głowie. A potem była już tylko ciemność.
     Zemdlałam
Ciąg dalszy nastąpi niebawem...         

Moja twórczość

Azalia
Ulicami kroczyła
piękna pani
w ręku trzymała
bukiet azali
a gdyś do niej podszedł
spytałeś
" Jakie twe imię o pani? "
ona odwróciła głowę
szepnęła
"Azalia"

Dopiero potem
gdy pod drzewem siedziała
płakała
szeptała
" Azalia "
dowiedziałeś się
że to córka jej
w bukiet azali zamieniona
 bezlitośnie w jej ręku kona
                                                                                          Ktosia

Rozdział IV

     Następnego dnia, gdy już zapadł zmrok, a ja leżałam w łóżku bawiąc się bransoletką od Iwana, usłyszałam, że ktoś rzuca kamienie na mój balkon. Wyszłam sprawdzić, co się dzieje.
     Chyba nie powinien być dla mnie zaskoczeniem widok niebieskiego skutera?
     - Nareszcie jesteś. Już myślałem, że coś się stało.
     - Tak, stało się. Powoli szlak mnie trafia przez Ciebie.
     - Ubieraj się i chodź ze mną.
     - Już lecę. Przychodzisz do mnie o północy, rzucasz kamieniami w moje okno... I myślisz, że wyskoczę przez balkon, by rzucić Ci się na szyję? Ty naprawdę jesteś idiotą - wróciłam do swojego pokoju.
     - Aniela! - Iwan nie mógł pogodzić się z porażką.
     - Już idę Romeo! - Krzyknęłam przez ramię.
     Poszłam do łazienki i przebrałam się w dżinsy i koszulę w kratkę. Na nogi założyłam trampki. Spięłam włosy w koński ogon (rozpuszczone są nie do okiełznania). Wróciłam na balkon, spuściłam drabinkę sznurową (wiedziałam, że kiedyś się przyda) Przeszłam przez barierkę i zeszłam na ziemię.
     - Coraz bardziej mnie zaskakujesz.
     - Ach, nie pokazałam Ci nawet kolekcji sztyletów i mieczy, którą pomógł mi zebrać mój tata. Jest napradę imponująca... Po co w ogóle to przyjechałeś?
     - Zamierzam zabrać Cię na małą przejażdżkę.
     - Okej...To ja lecę po plecak do pokoju - weszłam z powrotem na balkon i zaczęłam pakowanie. Z mojej małej kuchni ( mam całą sieć pomieszczeń tylko dla siebie, szystko to wygląda jak miniaturowe mieszkanie ) kilka kawałków pizzy i wsadziłam do plastikowego pojemnika. Nie zapomniałam też o butelce wody. Telefon komórkowy, portwel, legitymacja - rzeczy, z którymi się nie rozstaję. Po chwili wachania założyłam na rękę bransoletką od Iwana, a do buta schowałam sztylet.
     Po kilku minutach byłam na dole.
     Tym razem wsiadłam na skuter bez wahania.
     Nagle usłyszałam głos Iwana:
     - Tylko uprzedzam - z tej wycieczki możemy już nigdy nie wrócić.
Ciąg dalszy nastąpi niebawem...           

Ktośka mówi

Witam Kochani Czytelnicy! 
Chyba nie powinno mnie dziwić, że wszystkie komentarze zamieściła Aśka, czyli Zaciesz. 
Pewne wytłumaczenie: Aniela pisała sprawdzian z angielskiego, bo z matematyki jest świetna (tacy ludzie też są potrzebni). Nie wiem, czy to nie będzie jedyny post tego dnia ( i tak się cieszę, że mogłam wziąć laptopa z pokoju mojego brata). Być może się mylę (mam taką nadzieję) i będę mogła napisać kolejny fragmęt książki. I tym jakże optymistycznym akcętem kończę tego posta.
Ktosia